°C

Tęczowy zwiad

Felieton Polityczny Krzysztofa Chmielnika
 

100 lat po Bitwie Warszawskiej, zwanej w uproszczeniu „Cudem nad Wisłą”, terminem zwalczanym zresztą od samego początku jego pojawienia się, w czasach, w których możemy powiedzieć, mój dziadek też tam walczył, pora na budowanie mitologii. Mitologii, która jedynie w części swej narracji korzysta z prawdy historycznej. Ten proces rodzi się na naszych oczach, bo wreszcie w wolnej Polsce, wolnej od sanacyjnej i komunistycznej cenzury, możemy poznawszy prawdę i odrzucić jej elementy psujące marmurową gładź tego mitu.

Bo okazuje się, że metaforyczne wstawanie z kolan, potrzebuje czegoś więcej jak patriotycznego myślenia życzeniowego. Potrzebuje historycznego dowodu, że skoro mogliśmy kiedyś, to i możemy dzisiaj. A Bitwa Warszawska w 1920 roku może idealnie polerować współcześnie przydatną narodową mitologię.

Warto zatem zastanowić się ile było cudu w owym cudzie. Wiadomo, że Piłsudski już w trakcie wojny z bolszewikami zrzekł się dowództwa i zniknął. Wiadomo, że plany operacji znad Wieprza opracował generał Rozwadowski. Wiadomo, że polski kontrwywiad zapewnił polskiej armii przewagę informacyjną, wiadomo, że Węgrzy dostarczyli nam w kluczowym momencie amunicję. Wiadomo, że do obrony Polski zgłosiło się 100 tysięcy ochotników, wiadomo jak łajdacko zachowała się Anglia i Francja. Zatem zwycięstwo nad Wisłą da się opisać w kategoriach jak najbardziej racjonalnych. Bez uciekania się do instancji wyższej i spokojnie pozwala zanegować tezę o cudzie.

I tak i nie. Bo w pewnym sensie cudem była postawa polskiego społeczeństwa. Pacyfikowanego przez trzech zaborców. Germanizowanego i rusyfikowanego systemowo przez ponad 4 pokolenia. Społeczeństwa celowo pozbawianego edukacji, kultury, gospodarki, któremu co pokolenie organizowano powstanie, aby trzebić je z inteligencji i elit. Społeczeństwa, które mimo obiektywnych powodów nie przestało być jednym narodem. Narodem zdolnym do obronienia własnego kraju przed siłą, która zdmuchnęła jak świeczkę wielkie carskie imperium.

Ale mit cudu, zogniskowany w osobie Józefa Piłsudskiego i Matki Boskiej, Królowej Polski, jest socjologicznie nośny. I nie jest w nim ważna ani historyczna prawda, ani faktograficzny obiektywizm, chodzi bowiem o emocje, do których, jako naród, chcemy się odwoływać w budowaniu współczesnej Polski. Przydatność tego mitu bierze się także z zawartego w nim przesłania, że wobec zagrożeń musimy przede wszystkim liczyć na siebie. Nieco wbrew światu, który ma swoje interesy. Silni nie sojuszami, ale własną siłą. A niezbywalnym składnikiem tej siły jest nasza wiara. Wiara w to, że obrona państwa i wiary są z sobą nierozerwalnie złączone. Tak jak pod Grunwaldem, i pod Wiedniem, i pod Warszawą.

Mit „Cudu nad Wisłą”, bardzo kiedyś przeszkadzał bolszewickim renegatom przywiezionym na sowieckich czołgach. Dzisiaj przeszkadza kolejnej wersji komunizmu – tęczowej, która zalewa nas jak ta czerwona, 100 lat temu. Obie mają ten sam cel, zniewolić nas, pierwej redukując do poziomu ateistycznego, konsumpcyjnego bydła. By ostatecznie zamknąć nas w gułagach, a niepokornym strzelić w potylicę.

Tu warto zacytować Lejbę Bronsteina, zwanego dla niepoznaki Trockim, który zachęcając azjatycką dzicz do ataku na Polskę, był uprzejmy krzyczeć: „Po raz pierwszy w historii wyciągnięto miecz, nie aby zabijać, ale aby wyzwalać, dlatego każdemu kto się nam sprzeciwi – kula w łeb”. To skryte motto tęczowego terroru, a on jest już nad Wisłą. Przyszedł z Zachodu.

REKLAMA

Komentuj odpowiedzialnie! Odnoś się do treści informacji, nie obrażaj rozmówców, nie używaj słów niecenzuralnych. Rozgłośnia zastrzega sobie prawo do moderacji komentarzy naruszających te zasady. Administratorem Twoich komentarzy jest Facebook, który może stosować do nich także "Zasady społeczności Facebooka".

W trosce o bezpieczeństwo użytkowników, komentarze zawierające linki nie są publikowane.



Skomentuj przez Facebooka

Polub naszą stronę na Facebooku