°C

Olga i cham

Felieton polityczny
 

Trwa medialna nagonka na tych, który nie cenią Olgi Tokarczuk. Nagonkę, jako formę nowoczesnej debaty, inspirują ci, którzy wcześniej Polaków nazwali folwarcznymi parobkami. Jako ofiara obowiązkowych lektur typu „Kordian i cham” niejakiego Kruczkowskiego i „O człowieku, który się kulom nie kłaniał” pisarki Janiny Broniewskiej, mam ostrą alergię na przymus czytania i zmuszania mnie do wyznawania jedynie słusznego poglądu.

Dodam jeszcze, że w swoim życiu przetrwałem już obowiązkowe czytanie „Ulisessa” Jamesa Joyca oraz „Transatlantyku” Gombrowicza. I zawsze z tym samym przekonaniem, że jak ktoś mnie namawia od czytania czegoś rzekomo niezbędnego dla mojego intelektualnego rozwoju, to z doświadczenia wiem, że będę uznany „chamem” jak nie przeczytam zalecanej lektury i nie padnę z zachwytu przed autorem.

Jako folwarczny parobek i cham nie lubiący Olgi Tokarczuk, mam, być może dziwaczny, pogląd, że rankingi pisarzy z powodu jakiś nagród, nawet takich, z którymi wiąże się spora kasa, nijak się mają do wartości ich twórczości. Bo nagroda jest zazwyczaj skutkiem lansu i kosztownej promocji, która się potem zwraca ilością sprzedanych dzieł. Podobnie jak z filmami, które oglądają miliony widzów, bo ktoś wydał miliony dolarów na ich promowanie, a nie z powodu ich jakości.

Jako prześmiewca systemu zwanego demokracją, uważam nadto, że ilościowe pomiary jakości kultury należą do kategorii żartu z publiczności. Żartu, którego publika zresztą nie czai. Demokracja z istoty rzeczy bowiem umożliwia zdobycie przewagi w poglądzie na kulturę: głupszym, mniej wykształconym, mniej kulturalnym, nieoczytanym itd. I nie jest to kwestia moich uprzedzeń, ale czysta statystyka ujęta wdzięcznie w krzywą dzwonową. Warto więc demokratyczne wybory, tego co lepsze i ładniejsze, traktować z należytą ostrożnością.

Tym samym zmuszanie mnie do czytania prozatorskich dzieł Olgi Tokarczuk z tego powodu, że dostała nagrodę lub, że jej powieści mają duże nakłady, albo, że chwalą je w Gazecie Wyborczej, raczej mnie do autorki zniechęca. Wolę czytać fundamentalną „Historię Rosji” Bazylowa, albo kompletnie zapomnianą książkę Władysława Konopczyńskiego „Fryderyk Wielki a sprawa Polska”. Bo taki mam kaprys.

Może jak Pani Olga Tokarczuk napisze coś w rodzaju „Pana Tadeusza”, „Trylogii”, „Faraona” lub chociażby „Wesela”, to może we mnie pojawi się potrzeba lektury tego co napisała, ale na razie, z tego co wiem, nie zanosi się. Skąd wiem? Wiem, bo chwalą jej dzieła ludzie, których intelektualne korzenie wyrastają wprost z bolszewickiej gleby, przywleczonej do Polski na gąsienicach sowieckich czołgów. A wszystko co na takiej zatrutej bolszewizmem kulturalnej mierzwie wyrosło, nie jest warte splunięcia. Może się mylę, ale mam do tego prawo.

I może właśnie dlatego ta postbolszewicka elita, wyrządza Oldze Tokarczuk i jej prozie wielką krzywdę, używając ich obu jako maczugi do walenia po łbach folwarcznych pachołków w ramach bolszewickiego modelu jedynie słusznej kultury. I tylko od noblistki zależy, czy będzie narzędziem nawracania Polaków na właściwą estetykę w rękach tej kulturalnej bolszewii.

Komentuj odpowiedzialnie! Odnoś się do treści informacji, nie obrażaj rozmówców, nie używaj słów niecenzuralnych. Rozgłośnia zastrzega sobie prawo do moderacji komentarzy naruszających te zasady. Administratorem Twoich komentarzy jest Facebook, który może stosować do nich także "Zasady społeczności Facebooka".

W trosce o bezpieczeństwo użytkowników, komentarze zawierające linki nie są publikowane.



Skomentuj przez Facebooka

Polub naszą stronę na Facebooku