°C

W poszukiwaniu przymiotników

fot.Pixabay

Notatnik konserwatysty… nowoczesnego 9. 01. 22

 

Jedną z pierwszych rad jakie onegdaj starsi redaktorzy dawali młodym adeptom dziennikarstwa były te dotyczące… przymiotników, w sensie nadmiaru ilościowego i jakościowego oraz stopniowania. Dziś mam wrażenie już o przekazywanie takich i innych zasad dziennikarstwa nikt się bodaj nie troszczy, nie wyłączając redaktorów, również naczelnych mediów wszelakich. A powracam z uporem maniaka do (pro domo sua) tematyki medialnej również dlatego, że świadomy jestem jak mało kto, tak siły oddziaływania mediów na naszą społeczną i polityczną kondycję, jak stale obniżającego się poziomu wiedzy, umiejętności oraz etycznego dziennikarskiego zawodu. A kategoria media workerów przecież na co dzień dzielnie rywalizujących ze zdemoralizowaną do cna i cyniczną, niedookreśloną masą zawodową też przecież sprawy nie wyjaśnia do końca.

 Patrząc na wybryki językowe tzw. paskowych w telewizjach, ale też piszących łamaną polszczyzną autorów tekstów na portalach internetowych, potrafiących robić błędy już nawet w tytułach, że o „autorach” wpisów w tzw. mediach (przymiotnik bałamutny do cna)  społecznościowych, raczej nie mam złudzeń. Bo też wracając do dzielnych i nierównych bojów z polszczyzną wszelkiej maści uczestników owego medialnego dyskursu, nie tylko informacyjnego (infoteinmnent!), napotkałem pewną trudność. Trudność w znalezieniu adekwatnych, nie wyświechtanych lub też nadużywanych określeń (przymiotników) na czas PRL-u, który był moim zdecydowanie przykrym doświadczeniem zawodowym. Przymiotnik „przykre” bowiem, który nota bene nie do końca oddaje mój stosunek do tych „słusznie minionych czasów”, należy do gatunku umiarkowanie emocjonalnych i niezbyt drastycznych. 

Uświadomiłem sobie oto, że (proszę wybaczyć ten osobisty wątek) gdyby nie PRL to dziś mógłbym świętować nie 30.-lecie, a np. 45-lecie działalności dziennikarskiej i publicystycznej. Powie ktoś „mój problem” i nie będę miał większych pretensji, bo przecież mogłem się zapisać etc. I w gruncie rzeczy nie chodzi tu o moje emocje, a zestaw emocjonalnych par excelance przymiotników dopuszczalnych przecież w publicystyce (ale z umiarem?), które używane często i bez kontroli zwolna tracą wyrazistość i moc, ale też  siłę oddziaływania. Jeśli powiedzmy obrzydliwy, niegodny, skandaliczny, brutalny, wstrętny, kompromitujący, niesłychany ( czy inne, na emocjonalnym „diapazonie”) określenia spotykamy w co drugim tekście dotyczącym nielubianej, co ja opowiadam, znienawidzonej opcji politycznej, to opis jakiejś prawdziwie skandalicznej i drastycznej sytuacji czy wydarzenia już nigdy nie zabrzmi… wyjątkowo wymownie i np. groźnie, choćby na taką skalę emocji naprawdę zasługiwał.

 Osobną kwestia jest swoisty słownik przekleństw, obelg, wulgaryzmów i inwektyw z tzw. „reductio ad Hitlerum (Eichmannum?)”  włącznie, którymi raczą nas osoby publiczne na co dzień i bez umiaru. I żadna chęć przebicia się ze swoją narracją do większej liczby odbiorców, tego nie usprawiedliwia. Ale „nasza” powszechna zgoda i brak reakcji, zwane też dla uproszczenia … tolerancją znakomicie te sposoby sankcjonuje. Z pytaniem zaś, gdzie jest kres tej eskalacji zostawiam Państwa już niejako tradycyjnie.


REKLAMA


Komentuj odpowiedzialnie! Odnoś się do treści informacji, nie obrażaj rozmówców, nie używaj słów niecenzuralnych. Rozgłośnia zastrzega sobie prawo do moderacji komentarzy naruszających te zasady. Administratorem Twoich komentarzy jest Facebook, który może stosować do nich także "Zasady społeczności Facebooka".

W trosce o bezpieczeństwo użytkowników, komentarze zawierające linki nie są publikowane.



Skomentuj na Facebooku



Polub naszą stronę na Facebooku