°C

Błazen i generał

Felieton polityczny

Pewien znany i dobry aktor postanowił zostać kaznodzieją i niczym Piotr Skarga naprawiać Polskę poprzez pouczanie pisowskiego motłochu. Nie będę wchodzić w szczegóły realizacyjne tej światłej idei i poprzestanę raczej na wytknięciu nonsensowności wyboru tej drogi życiowej.

Czegokolwiek by o aktorach i estradowych celebrytach nie powiedzieć, to niezależnie od talentu i żarliwości w wykuwaniu swoich scenicznych dzieł, są oni rodzajem współczesnych błaznów, od których, poza zręcznym strojeniem min i mówieniem cudzych tekstów, nie oczekuje się tytaniczności intelektualnej. Czasem w zależności od roli całkiem mądrze mówią, co wcale nie oznacza, że oni sami są jakoś szczególnie dotknięci przez Boga mądrością.

Błazen nawet tak mądry jak nieco mitologiczny Stańczyk, musi mieć dystans do świata, ale nade wszystko do samego siebie. Jedyną sferą, którą błazen powinien potraktować poważnie, są odbiorcy jego błazenady. Co innego kaznodzieja. Nie wolno mu mieć dystansu do niczego i nikogo, i powinien z wielką powagą traktować wszystko i wszystkich. Inaczej traci wiarygodność. Aktor grający Ryszarda III sam uważający się za niego powinien trafić raczej do wariatkowa, a nie na ambonę, z której wygłasza swoje tyrady i traktuje je tak, jakby były homiliami godnymi beatyfikacji.

Aktor, który stał się pretekstem dzisiejszego felietonu, jak się okazało, w czasach mrocznej komuny napisał list do ministra bezpieki generała Kiszczaka, sowieckiego agenta przebranego za polskiego oficera. W liście obrzydliwym od wazeliny, przypodchlebia się generałowi i dziękuje mu za wymianę myśli o szekspirowskim Ryszardzie III, a przy okazji o dylematach jakie są udziałem władcy. W koleżeńskim nieomal tonie, bo przecież obaj, to znaczy aktor grający króla i szef bezpieki, który niczym król bezkarnie skazywał, ludzi na śmierć, mają w swoim doświadczeniu bycie u władzy.

Dzisiaj po latach list znaleziony gdzieś w archiwum za oceanem i opublikowany w internecie, pokazuje jakość nie tylko moralną, ale i intelektualną reprezentanta totalnych elit, bo właśnie ów aktor jest moralną ostoją totalnej telewizji i idolem mniej zdolnych błaznów z tejże. Intelektualną, bo udawanie króla, w umyśle tego aktora, zrównało się z byciem władcą prawdziwym, takim jakim był generał Kiszczak. Kimś kto nie tylko decydował o śmierci innych, ale także urządził nam szopkę nazywającą się „Okrągły stół” i obsadził w niej najważniejsze role swoimi agentami. Temu dobremu skądinąd aktorowi, w trakcie pisania wiernopoddańczego listu, przez głowę przyszła myśl, że są z generałem równi. Taka maluteńka sugestyjka, że „wicie, rozumicie towarzyszu generale”, ja też wiem co to być władcą i że Pan Panie Generale, jest człowiekiem formatu Ryszarda III. Leczenie kompleksów i pochlebstwo w jednym.

Nazwisko tego aktora, któremu znudziło się błazeństwo i na starość zamiast zmądrzeć postanowił zostać kaznodzieją, by pouczać pisowskie średniowiecze, nie ma znaczenia. Nie ma, bo takich błaznów, którzy postanowili zostać kaznodziejami w Polsce jest legion.

Przypominamy, że użytkowników serwisu obowiązują zasady netykiety. W sprawach spornych rozgłośnia może przekazać dane identyfikacyjne tj. adresy e-mail czy IP, uprawnionym organom.