°C

Babie lato

Felieton polityczny

W wyniku obiektywnych okoliczności zostałem czytelnikiem dosyć grubej książki, jaką jest „Historia Rosji” Ludwika Bazylowa. Polecam ją każdemu, kogo pociągają mroczne historie typu „Gra o tron” lub „Ojciec chrzestny”. Historia Rosji bowiem, przynajmniej do połowy XIX wieku, to ciąg wydarzeń, które mogłyby być kanwą filmów potworności i grozy. O Rosji, która zaczęła jako poborca podatkowy Batu-chana, a skończyła jako ofiara eksperymentu zwanego komunizmem.

Podążanie za narzuconym przez historyka wątkiem przypomina podróż pajączka uczepionego do niesionej wiatrem nici babiego lata. Bo kiedy damy się wciągnąć w zbrodnie Iwana Groźniego, w nadmuchaną wielkość Piotra I, czy pruskie sztuczki Katarzyny II, nie dostrzeżemy rzeczy w historii najważniejszej. A mianowicie tego, że istnieją władcy widzialni i władcy niewidzialni. Ci niewidzialni tak naprawdę robią historię. W niewidzialny sposób rządzą faktami i wydarzeniami, a także archiwami, z których wiedzę czerpią historycy, oraz wydawcami, którzy mają zgodnie z wolą niewidzialnej władzy wydać to co historycy napiszą.

W historii można dostrzec skutki istnienia tej władzy. Trzeba jednak uwzględnić prawo zachowania energii, które oczywiste w fizyce, w bytowaniu państw nie jest zbyt wyraźnie uzmysławiane. Jednak istnieje. W uproszczeniu energią są pieniądze generowane z zasobów państwa. Energia ta zgodnie z zasadą uznawaną w fizyce, podczas istnienia państw generalnie nie ginie. Ale w historycznej narracji jest inaczej. Przepada w historycznym niebycie.

Bo kiedy Rosja, pozostańmy przy niej, tworzy armię, to musi coś sprzedać. I musi istnieć, ktoś kto od Rosji kupi i ktoś kto Rosji sprzeda. I ten ktoś wcale nie musi kupić i wcale nie musi sprzedać. Musi sprzedać i kupić Rosja, jeśli chce się obronić przed wrogami, albo toczyć imperialne wojny. Warto widzieć, że w historii ktoś ma interes, aby tak sterować szeroko rozumianymi popytem i podażą, aby to Rosja musiała. Bo być może Rosja to jest czyjś gigantyczny interes i ktoś gra, a Rosja musi tańczyć. Gadka o imperialnej potędze Rosji w tym kontekście ma urok opisu kolorowych światełek z kuli w dyskotece z pominięciem tego kto włącza i wyłącza prąd.

Tymczasem pytanie o te niewidzialne siły, czyli to, kto się dorobił na gigantycznych bogactwach Rosji, która w imię imperialnego szaleństwa wydawała pieniądze na wojny i niszczyła własną demografię, zamiast inwestować w siebie, historykom niestety umyka. Bo przecież kasa za eksploatację przez stulecia gigantycznych zasobów Rosji, gdzieś się podziała. Nie w sensie detalicznym, bo to jest do wyśledzenia, ale w sensie sumarycznym, który ostatecznie sprawia, że istnieją takie byty jak Luksemburg, czy Monte Carlo, które opływają w bogactwa, niczego nie produkując, a ich źródłem dochodu są przecież jedynie drobne odsetki od wielkich transferów finansowych trafiających, co oczywiste, fizycznie do kogoś. Kogoś o kim nie wiemy prawie nic. Kogoś o kim historycy zazwyczaj nie piszą.

I nie chodzi mi wcale o Rosję, ale o Polskę, która także jest rodzajem fabryki, którą zarządzają widzialni, a na której niewidzialni zarabiają. No bo skoro na Rosji można, to na nas też.

Przypominamy, że użytkowników serwisu obowiązują zasady współżycia społecznego oraz tzw. NETykiety a także przepisy polskiego prawa. Rozgłośnia zastrzega sobie prawo do moderacji komentarzy. Rozgłośnia może także, na wniosek uprawnionych organów, przekazać dane identyfikacyjne użytkowników, tj. zarejestrowane adresy e-mail, adresy IP.

W trosce o bezpieczeństwo użytkowników, komentarze zawierające jakiekolwiek linki nie są publikowane.